Publiczna szkoła podstawowa

w  antoniówce Świerżowskiej

Pamiętnik  Ludwika Szczepanika

Urodziłem się w 1900 roku, wsi Paprotnia, gm. Stężyca, guberni siedleckiej. Ojciec mój urodzony we wsi Kobylnica, gmina Maciejowice. Ojciec Szczepanik Feliks żył 79 lat. Matka urodzona

w Kozienicach guberni kieleckiej. Żyła 74 lata. Dziadków Szczepaników to nie pamiętam. Ich imiona: Jan i Agnieszka.

Dziadków Krasięńskich to pamiętam: Franciszek i babcia Franciszka z rodziny Skalskich. Dziadek Krasięński żył 97 lat. Byli z rodziny szlachecki. Mieli duży majątek, trzy włóki ziemi  i 4 domy

w Kozienicach i Warszawie garbarnie skór. Dziadek Krasięński był uczony, robił pomiary ziemi

i był sekretarzem w Kozienicach. Dziadek szykował się na powstanie. W Kozienicach stał garnizon wojska rosyjskiego. Dziadek skupował proch i amunicje, i berdanki. Miał pół korca prochu i dużo amunicji. Mieli tajne kuźnie. Robili strzelby brędkowe i kosy z prostym wohem do obsadzenia na kosisko. W tych latach urodziła się moja matka. Dziadek czekał ze chrztem, aż dokończą budowy Kościoła i była pierwsza ochrzczona w tym Kościele. Nadali jej imiona Michalina i Józefa.

POWSTANIE

Dziadek po kryjomu napisał list i włożył do szuflady, co ma robić babcia, jak gospodarzyć,     a sam kryjomu poszedł na powstanie. Dziadek mało mi opowiedział o walkach, tylko powiedział, że w królewskich lasach pod Kozienicami stoczyły duży bój, gdzie były wielkie bagna i trzęsawiska, bo tam była droga nad bagnami. Wojsko rosyjskie wjechało na tę drogę. Poschodzili z koni. Byli rozbici. Chodzili okrakiem, a powstańcy z lasu pobili ich. Rosjanie nie mieli którędy uciekać tylko w te bagna. Wtenczas zdobyli dużo broni, a w bagnach natopiło się dużo wojska rosyjskiego, dlatego te bagna nazywają się Rusin. Powstanie się nie udało. Dziadka złapali Rosjanie i wywieźli na Syberie. Tam był siedem lat na strasznych katorgach. Ręce miał przykute do taczek i woził ziemię. Mówił mi, że było bardzo ciężko i że nie mógł sobie nosa obetrzeć. Po siedmiu latach dziadek Krasiński wrócił do domu. Generał rosyjski, który stał z wojskiem w Kozienicach, założył stadninę koni  i dziadka ziemię sobie przywłaszczył. Zostały jeszcze domy. Dziadek nie mógł dłużej być w Kozienicach, bo był śledzony przez generała rosyjskiego. Postanowił sprzedać połowę posiadłości, (którą) zakupili Żydzi (Dziadek) kupił włóke ziemi w Paprotni w guberni siedleckiej. Były takie prawa, że jak przeszedł do drugiej guberni to już nie był poszukiwany.

Dziadek miał sześcioro dzieci. Najpierwsza była moja matka, ona my opowiadała, że były głodne lata i nieurodzajne, że ludzie jedli perz i komosę. Wtenczas wybuchła epidemia cholery. Ludzie wymierali, domy zostawały puste, domy palili razem z nieboszczykami,           a w każdej wsi był cmentarz. Niektórzy uciekli w lasy nawet król Zygmunt Stary wyjechał     na puszcze Kozienicką i tam mu się urodził syn Zygmunt drugi.

We wsi Polik pod Maciejowicami zostało się tylko siedem ludzi. Od tego czasu powstało „dzień dobry”, bo nikt nie umarł i „dobry wieczór”. Ludzie stawiali krzyże dwuramienne, żeby epidemia cholery ustała.

Ludzie mieli kłopoty z trumnami, nie było gotowych trumien. Wcześniej sobie szykowali deski na trumny. Kładli na buntach nad sieniom. Jak wychodził z mieszkania to patrzył do góry,    że ma już z czego zrobić (trumnę). Było i tak, że robili sobie trumny wcześniej i trzymali      na strychach. Pewien ojciec miał sześcioro osób w domu. Kazał zrobić sześć trumien.           W trumnach każdy w swojej trzymał sobie ubranie. Pewien gospodarz miał deski na trumnę. Położył nad sienią na buntach dobre deski, bo (wtedy) miał pewność, że będzie z nich mocna trumna. Jak umarł, to żona kupiła mu gotową trumnę , a deski zostały się. Pochowali go, przyjechali do domu. Kobieta weszła do mieszkania, a deski co były na buntach runęły        na sień. Kobieta wystraszona wyskoczyła oknem i ci co wyprzęgali konie też się wystraszyli.

PAŃSZCZYZNA

Są u nas ziemie, które mają nazwę księżyzna. Panowie księża mieli duże posiadłości ziemi      i mieli swoje wsie, które obrabiały im pańszczyznę. Taki pan wysyłała pieniądze do Rzymu       i za to otrzymywał świadectwo apostolstwa i był kapłanem, i miał władzę prawodawczą          i wykonawczą. Taki człowiek podwładny temu księdzu, albo panu musiał się nisko kłaniać       i całować w rękę, dlatego pozostało przysłowie, że chłop to ma dwie dusze, jedne pańszczyźnianą, a drugą własną, Był zawsze wystraszony. Bojał się księdza i bojał się pana. W kościołach w przedsionkach były przymocowane jarzma. Za jakąś karę, czy zaniedbanie pańszczyzny chłopu zakładano na szyje i tak musiał stać, wiele mu pan kary wyznaczył. Za mniejsze przestępstwo to mu pisali krzyż na plecach kredą i musiał klęczeć w kościele, żeby na niego wszyscy patrzyli, a za większe to mu obrzynano kuniec nosa. To (ten) już był widziany jako niewolnik. Siostra mojego ojca to była najstarsza w rodzinie. Ona odrabiała pańszczyznę.. Mówiła, że cały dzień robiły w polu, a wieczór robiły kobity, musiały przuść kądziele. Pani przychodziła sprawdzać, brała za nitkę i pociągała palcami czy nitka jest równa, później która już miała pełne wrzeciono zanosiła pani i już była zwolniona. Było i tak,          że któraś się zdrzemnęła to druga jej skręciła

z wrzeciona. Jak się przebudziła to wrzeciono było gołe. Musiała jeszcze długo siedzieć, żeby uprząść pełne wrzeciono.

Hrabia Zamoyski w Podzamczu miał gorzelnię i pędził wódkę. Było dużo karczmów. Prawie w każdej wsi wódka była w beczkach drewnianych. Sprzedawali im na garce. Karczmarzami byli Żydzi. Chłopi byli przyzwyczajeni chodzić do karczmy. Każde wolne chwile spędzali               w karczmie, zamawiali sobie wódki kwartę albo pół kwartki i pili. Gdy chłop już był pijany,  to Żyd liczył wiele sam chciał, bo chłopi nie umieli rachować ani czytać, ani pisać. Siostra mojego ojca mówiła, że i ona też chodziła do karczmy. Tam przychodziły muzykanty, grały na skrzypcach i na basetni, i grały tylko polkę i oberka, a one tańczyły boso, bo cizmów było szkoda. Mieli spódnice ze surowego płótna, które nazywali casnochy. Jak przetańczyły przez wieczór to casnocha jej nogi pokaleczyła, aż do krwi.

Dziadek Krasiński miał w Kozienicach dom. Żydzi z Kozienic przychodzili i chcieli kupić tą resztę posiadłości. Babcia mówiła: „Tu będzie mieszkał Mosiek, tu będzie mieszkał Joszek”. Babci było szkoda jeszcze Kozienic. Dziadek sprzedał resztę posiadłości Żydom. Pieniądze włożył w książkę do kufra. Poszli wszyscy z domu na pole do roboty, a złodziej dobrał się do mieszkania i pieniądze wykradł. Tyle dziadek się dorobił na powstaniu, została mu czapka, którą sobie trzymał na pamiątkę. (W nią trafiła) kula, przeszła mu przez czapkę, wyrwała dużą dziurę i trochę włosów, ale głowy nie ruszyła.

Jak już dzieci doszły do rozumu, to mówiły: „Ojcze, gdzieś ty nas wyprowadził, w te lasy i błota”. Babcia nie umiała prząść i płótna robić. Zrobiła się bieda, nie było się w co ubrać, nie było koszul, ani spodni. Zaczęli siać len i uczyły się prząść  i płótno robić. Chodziły po wsi i podglądały, jak kobity przędu i jak płótno robią i matka moja nauczyła się, to już było lepiej, bo były koszule i spodnie.

Matka mówiła mi, że w Paprotni było dużo złodziei. Kradli wszystko i konie; jak kto wyprowadził konia na pastwisko, to złodzieje zakładali mu sznurek na szyję, robili pętlę           i wkładali knebel kręcili; koń się dusił i padał na ziemię. Odzierali skórę, za skórę Żydzi płacili trzy ruble. Żyd nie wydawał złodzieja. W Paprotni był gospodarz nazwiskiem Banaszek, on podpatrywał, zapisywał złodziei i ten spisek podał do władz carskich. Przyjechało wojsko rosyjskie i osiemnaście rodzin wywieźli na Syberię.

Ojciec miał małe gospodarstwo w Paprotni. Było już nas troje dzieci. Ojca wezwali na wojnę. Rosja się biła z Japonią, ale ta wojna krótko była. Nad jakimś jeziorem wojska pobiły Japończyków i ojciec wrócił do domu.

Ojcu obrzydła ta wieś. Miał sąsiada złodzieja. Wszystko kradł. (Ojciec) postanowił sprzedać to gospodarstwo. Namawiał, żeby kupili, ale nie chcieli, żeby ojciec odszedł, bo był bardzo lubiany. Ojciec powiedział: „Nie chcecie ode mnie kupić to sprzedam złodziejowi” i tak zrobił. Ojciec kupił dwanaście morgów z parceli W Kopaninach gminy Maciejowice. Zbudował byle jaki budynek. Było pod jednym dachem. W mieszkaniu nie było podłogi, tylko z gliny klepisko. Było nas sześcioro. Mieszkanko było małe. Gorzej było w zimie, bo nogi marzły, butów dla wszystkich nie starczało. Siadaliśmy w kucki na ławie.

Szkołów nigdzie nie było, bo władze carskie zabraniały. Dziadek Krasiński uczył zimową porą po kryjomu. Brat mój starszy Anicet chodził

do dziadka się uczyć. Jak uczył, to zawsze jednego chłopa stawiał na drodze, żeby pilnował, czy strażniki nie jadu. Jak strażniki jechały, to dziadek porozganiał dzieci, żeby się pochowały. Szkoła (była) co dzień w innem domu. Dzieci siedziały na małych stołeczkach, na kolanach trzymały, kawałek deski i kredę do pisania. Ojciec mój też umiał czytać i pisać, to też nas trochę uczył. Do czytania mieliśmy książki do nabożeństwa, a do pisania, to pióro gęsie           i atrament z buraka ćwikłowego. Gdzie się znalazło kawałek płótna, to się na wszystkim pisało.

Ojciec był sołtysem i raz w roku przyjmował podatek gruntowy i dymowy, (tak nazywali). Ludzie przynosili przeważnie srebro i złoto woleli (bardziej od) papierków, żeby nie zgubić. Ojciec kolejno wysyłała dwóch chłopów do Garwolina do powiatu; otrzymywali pokwitowanie.

Robotnicy, którzy pracowali w dworach, czyli byli na służbie u bogatych chłopów, domagali się podwyżki płac. Zdarzyło się, że przyszli do pana, albo do chłopa, zabierali coś  do jedzenia,    a nawet pieniądze i ubrania. Ojciec mój też się bojał czarnych szotni, zawsze na noc przynosił sobie do mieszkania siekierę i widły, zawsze w nocy nie spał, tylko czuwał.

Mój wujek Krasiński zwolniony z wojska był już w domu. Wezwali go do Garwolina na uśmierzenie czarny szotni. Otrzymał umundurowanie, broń. W Garwolinie było aresztowanych szesnastu chłopów z czarnych szotni. Krasińskiemu dali dowództwo, żeby ich odstawić do Żelechowa do więzienia. Przydzielili mu czternastu żołnierzy kawalerii. Podjechały wozy. Więźniów na wozach powiązały i wyruszyli w drogę. Krasiński, jako dowódca jechał na przodzie. W pół drogi do Żelechowa dopędził ich oficer i daje rozkaz Krasińskiemu, żeby tych więźniów pozabijać. Krasiński odpowiedział mu: „Ja ciebie nie znam, ja otrzymałem rozkaz, żeby ich odstawić do Żelechowa do więzienia.”. Ale on nic nie ustępuje, tylko żeby wybić. [Opowiada wujek Krasiński] Tak jechaliśmy, konie szły wolno, a my się oba kłócim; już się rozmowa wyczerpała, wyrwałem szablę, rąbnąłem go i został się na drodze, ja jechałem dalej. Przyjechaliśmy do Żelechowa, aresztowanych wprowadziłem do więzienia. Był to już wieczór. Przykazałem klucznikowi, żeby w nocy nikogo nie wpuszczał, bo chcą ich wybić.. Wróciłem do Garwolina. Żołnierze, co ze mną byli, przychodzili do mnie i mówili: „Krasiński, co teraz będzie?” Była noc, nie mogłem spać. Rano wstałem i czekałem na raport. Długo mnie nie wzywali, aż blisko południa. Nareszcie raport, [tu opowiada już autor pamiętnika] wujek wszedł do kancelarii. Był tam oficer wyższej rangi. Zapytał: „Zraniliście oficera?” [Wujek odpowiada:] „Tak jest, musiałem to zrobić. Ja otrzymałem rozkaz aresztowanych odstawić do więzienia, a on chciał, żeby ich wybić, jego ja nie znałem. Choćby sam król był, jak się go      z twarzy nie zna, to się jego rozkazu       nie wykonuje.” I więcej mnie nie wzywali.

Ojciec mój sprzedał gospodarstwo w Kopaninach. Chciał powiększyć gospodarstwo. Kupił     w Antoniówce w guberni kieleckiej, powiatu Kozienice. Było (tam) trzydzieści morgów            z parceli. Były to pastwiska. Rosła tam wiklina i ciernie. Trzeba było karczować i wyrywać. Ziemia dobrze rodziła, tylko że nie było wałów wiślanych. Woda wchodziła na pola i niszczyła plony. Najgorsze to było z młocką. Cały dzień w stodole się młóciło,

a wieczór przy latarce sieczkę rżnąć dla koni. Nie było młocarni ani kieratów, tylko wszystko trzeba było robić ręcznie.

SP Antoniówka Świerżowska

Strona stworzona w kreatorze www WebWave.